Antek:
Nie mogłem się doczekać
imprezy. We wtorek stało się coś strasznego. Dostałem katar i strasznie
kaszlałem. Bałem się okropnie, że mi nie przejdzie i nie pójdę na imprezę.
Łykałem więc dzielnie wszystkie okropne syropy, jadłem kanapki z masłem
czosnkowym (je akurat uwielbiam) i dmuchałem z nosa co chwila. W piątek czułem
się dużo lepiej, jeszcze trochę kaszlałem, ale starałem się kaszleć już tylko w
poduszkę, żeby mama i tata nie słyszeli, bo by mi wtedy nie pozwolili iść. Z
resztą gdybym wiedział co się będzie działo na tej imprezie….. ale po kolej.
Urodziny odbywały się w
galerii handlowej, w takim specjalnym miejscu gdzie się robi, właśnie urodziny.
Ja swoje urodziny zrobiłem w domu. Mama namawiała mnie żeby zrobić gdzie
indziej, bo bała się chyba, że nasz mały dom rozniesiemy. Nie roznieśliśmy i
też było fajnie.
Do Piotrka wybrał się ze mną
tata. Tego dnia on sam miał urodziny i sobie zrobił taki prezent, że się
wkręcił ze mną na imprezę. Sprytny ten mój tata.
Jak przyszliśmy, to był już
Tomek i Michał i szaleli. Była tam duża sala, a nawet dwie. Dałem Piotrkowi
prezent: klocki Star Wars i rysunek. Nawet mu się podobało. Potem poszedłem
szaleć z chłopakami. Goniliśmy strasznie, jak zawsze. Biliśmy, strzelaliśmy i
takie tam. Potem nas rodzice wołali na tort i szampana. Dobre były. Jeden z
kolegów Piotrka (nie znam go) jak pił szampana to się śmiał i ten szampan mu
nosem wyleciał. Wtedy wszyscy się śmialiśmy i mnie też nosem wyleciał. No super
było! Potem dorośli poszli gdzieś „na kawkę”, a my oglądaliśmy prezenty. Wśród
nich był też rysunek Zosi. Spodobał się Tomkowi:
- O fajny! – powiedział –
niezły miecz!
- No – zgodził się Piotrek
- zawsze o takim marzyłem, ale nie mam. A chciałbym mieć – dodał po chwili.
No i wtedy to się stało.
Wszystko się działo tak szybko, że nie wiem czy dobrze zapamiętałem.
Oto nagle
stanął przed nami Lord Vader ŻYWY! OGROMNY! STRASZNY!
Wszyscy równiutko
krzyknęliśmy: AAAAAAAAAAAA!!!!!! I uciekliśmy z małej sali do dużej.
Okrążyliśmy ją szybko dalej krzycząc: AAAAAAAAAAA!!!! Rodzice, którzy byli tam
zaczęli się śmiać i usłyszałem jak jeden pan powiedział:
- Ale się fajnie chłopaki
bawią!
Ale my się nie bawiliśmy!
Walczyliśmy o życie! Uciekaliśmy! To uciekanie nam nie szło, bo w sumie tylko
kręciliśmy się wokół sali. Zrobiliśmy trzy okrążenia, przerażeni i bladzi.
Piotrek, który prowadził naszą ucieczką, chyba się pomylił i zamiast całkiem wybiec
z sali urodzin na galerię, z powrotem nas pokierował do małej sali. Potem się
tłumaczył, że wszystkie drzwi wyglądały mu tak samo, a w ogóle to biegł z
zamkniętymi oczami, bo się bał otworzyć.
Jak wpadliśmy do tej sali
to ON był tam dalej. WIELKI, CZARNY, STRASZNY. Grzesiek, który biegł za Piotrkiem
zemdlał. Powpadaliśmy więc na niego i leżeliśmy na sobie jak głupki. A On
patrzył. Potem machnął mieczem i podszedł do Piotrka. Myślałem, że umrę ze
strachu. Zaraz potem pomyślałem, że pewnie Piotrek pierwszy umrze. Piotrek był
strasznie dzielny bo nie umarł tylko wstał.
Wtedy Lord Vader podszedł
do niego i wyciągnął coś zza czarnego płaszcza. Wszyscy, którzy nie
zemdleliśmy, pomyśleliśmy, że to koniec. Ale Lord Vader wyciągnął tylko mały
świetlisty miecz i dał go Bartkowi. Na mieczu była kokardka. Lord Wader zaśmiał
się okropnie i powiedział
- Happy Birthday Piotrek – ……..po
czym zniknął.
Wtedy Piotrek zemdlał, Michał
krzyknął, ja się przewróciłem na Tomka, który uciekając, wpadł w tort, a
reszta stała dalej nie ruchoma ze strachu. Teraz żałuję, że ktoś nam zdjęcia
nie zrobił. Na to wszystko do sali wpadli rodzice. Wtedy się zaczęły krzyki
mam, wołanie o wodę dla tych co byli bladzi i w ogóle jakaś panika. Tatusiowie
mądrzyli się, że to od szampana na pewno albo, że coś w torcie było co nam
zaszkodziło.
To były straszne urodziny.
Straszne, ale też strasznie fajne.
Dobrze, że chłopaki byli
tam ze mną – teraz mi uwierzą!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz