wtorek, 26 lutego 2013

ROZDZIAŁ II - KÓŁKO PLASTYCZNE I PEWNA NOC


...... czyli o tym jak powstał konik


Zosia:


Mam pięć i pół lat i nie mogę się doczekać kiedy będę miała urodziny. Dostanę wtedy nowy rower i zaproszę dziewczyny. Lubię rysować – ciągle coś rysuję. Rodzice mówią, że ładnie. Antek czasem też, a czasem mu się nie podoba. Kocham Antka, ale jak się kłócimy, to go nie lubię. Teraz moja kolej, więc opowiem co było dalej:
Z dinozaurem się nie udało, mimo iż wyszedł mi naprawdę dinozaurowaty.
Antek chciał żebym potem spróbowała z Ben Tenem – ale też się nie udało.
Próbował mnie jeszcze namówić na pająka, ale się nie zgodziłam.
Po cichu spróbowałam jeszcze z księżniczką, a potem z syrenką. Wyszły mi takie ładne, ale niestety nie ożyły. Tego dnia z niczym się już nie udało. Rysowałam dopóki tata nie wołał do kąpania. Narysowałam nawet Dębowiec, misia, przedszkole, lody i nawet banana. Ale nic z tego. Na koniec narysowałam mamę i tatę – i z nimi się trochę udało, no bo przecież byli tu z nami. Ale Antek powiedział, że to się nie liczy!   
Przez cały następny tydzień rysowałam w przedszkolu i w domu. Mama powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy mogli, moimi rysunkami wytapetować całe mieszkanie.
Antek jeszcze trochę mnie męczył i rysowałam mu wtedy: auto, motor  (CHOCIAŻ MOTORU NIE UMIĘ), narysowałam mu jeszcze Gormita bo przyniósł na wzór.  Zgodził się też, oddać mi za ten rysunek Kinder bueno od dziadka. Gormit nie ożył, a ja musiałam szybko zjeść to kinder bueno, bo mi Antek chciał zabrać, za to że rysunek nie ożył.
Wtedy Antek przestał już chcieć ode mnie te swoje potworne rysunki, i trochę zapomnieliśmy o tamtym ognisku. Ale tylko trochę.
No a potem….., potem, no nie wiem kiedy, za  kilka dni, może tydzień ( le dokładnie nie wiem ile to tydzień), ale to było w czwartek poszłam z mamą na kółko plastyczne. Bo chodzimy na kółko do Domu Kultury, chyba że jestem chora to wtedy nie chodzimy.   
Tego dnia na kółku plastycznym rysowaliśmy koniki. Takie zwykłe, ale ja mojemu dorysowałam skrzydła.
 Na koniu takim prawdziwym, takim całkiem prawdziwym, to jeździłam nad morzem. Strasznie mi się podobało i namówiłam mamę na jeszcze raz i jeszcze raz.
No i na tym kółku rysowaliśmy konika  - Pani nas uczyła. Rysowaliśmy węglem. Bardzo lubię rysować węglem, tylko nie lubię jak zaraz mam całe czarne ręce. A jak się podrapię, bo mnie akurat swędzi czoło, to cała jestem czarna. 
Pani powiedziała, że konik wyszedł mi naprawdę ładny.
Widziałam jak te koleżanki, co siedzą ze mną rysowały i ich koniki nie przypominały koników. A mój tak! Miał długi ogon, do góry bo akurat nim kręcił i się zatrzymał na górze. Miał też długą grzywę i siedzonko takie. Tacie i mamie też się podobał i nawet Antek popatrzył i powiedział że „no ładny”. W domu pokolorowałam go kredkami, trochę się wtedy rozmazał, ale był jeszcze śliczniejszy. Mama pomogła mi go  przykleić koło mojego łóżka na ścianie, koło plakatu księżniczki Kopciuszka.
No i poszliśmy z Antkiem spać. On pierwszy usną, bo zawsze wcześniej usypia, a ja jeszcze oglądam gazetki. Potem on na mnie krzyczy, że nie może spać i muszę zgasić lampkę i oglądam przy latarce. Potem też zasnęłam. Chyba, bo nagle poczułam jak ktoś szarpie mnie za rękę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz