...... czyli o tym jak powstał konik
Zosia:
Mam
pięć i pół lat i nie mogę się doczekać kiedy będę miała urodziny. Dostanę wtedy
nowy rower i zaproszę dziewczyny. Lubię rysować – ciągle coś rysuję. Rodzice
mówią, że ładnie. Antek czasem też, a czasem mu się nie podoba. Kocham Antka,
ale jak się kłócimy, to go nie lubię. Teraz moja kolej, więc opowiem co było
dalej:
Z dinozaurem się nie udało,
mimo iż wyszedł mi naprawdę dinozaurowaty.
Antek chciał żebym potem spróbowała z Ben Tenem – ale też się nie udało.
Próbował mnie jeszcze namówić na pająka, ale się nie zgodziłam.
Antek chciał żebym potem spróbowała z Ben Tenem – ale też się nie udało.
Próbował mnie jeszcze namówić na pająka, ale się nie zgodziłam.
Po cichu spróbowałam
jeszcze z księżniczką, a potem z syrenką. Wyszły mi takie ładne, ale niestety
nie ożyły. Tego dnia z niczym się już nie udało. Rysowałam dopóki tata nie
wołał do kąpania. Narysowałam nawet Dębowiec, misia, przedszkole, lody i nawet
banana. Ale nic z tego. Na koniec narysowałam mamę i tatę – i z nimi się trochę
udało, no bo przecież byli tu z nami. Ale Antek powiedział, że to się nie
liczy!
Przez cały następny tydzień
rysowałam w przedszkolu i w domu. Mama powiedziała, że jak tak dalej pójdzie,
to będziemy mogli, moimi rysunkami wytapetować całe mieszkanie.
Antek jeszcze trochę mnie
męczył i rysowałam mu wtedy: auto, motor
(CHOCIAŻ MOTORU NIE UMIĘ), narysowałam mu jeszcze Gormita bo przyniósł
na wzór. Zgodził się też, oddać mi za
ten rysunek Kinder bueno od dziadka. Gormit nie ożył, a ja musiałam szybko
zjeść to kinder bueno, bo mi Antek chciał zabrać, za to że rysunek nie ożył.
Wtedy Antek przestał już
chcieć ode mnie te swoje potworne rysunki, i trochę zapomnieliśmy o tamtym
ognisku. Ale tylko trochę.
No a potem….., potem, no nie
wiem kiedy, za kilka dni, może tydzień (
le dokładnie nie wiem ile to tydzień), ale to było w czwartek poszłam z mamą
na kółko plastyczne. Bo chodzimy na kółko do Domu Kultury, chyba że jestem
chora to wtedy nie chodzimy.
Tego dnia na kółku
plastycznym rysowaliśmy koniki. Takie zwykłe, ale ja mojemu dorysowałam skrzydła.
Na koniu takim prawdziwym, takim całkiem
prawdziwym, to jeździłam nad morzem. Strasznie mi się podobało i namówiłam mamę
na jeszcze raz i jeszcze raz.
No i na tym kółku
rysowaliśmy konika - Pani nas uczyła.
Rysowaliśmy węglem. Bardzo lubię rysować węglem, tylko nie lubię jak zaraz mam
całe czarne ręce. A jak się podrapię, bo mnie akurat swędzi czoło, to cała
jestem czarna.
Pani powiedziała, że konik wyszedł mi naprawdę ładny.
Pani powiedziała, że konik wyszedł mi naprawdę ładny.
Widziałam jak te koleżanki,
co siedzą ze mną rysowały i ich koniki nie przypominały koników. A mój tak!
Miał długi ogon, do góry bo akurat nim kręcił i się zatrzymał na górze. Miał
też długą grzywę i siedzonko takie. Tacie i mamie też się podobał i nawet Antek
popatrzył i powiedział że „no ładny”. W domu pokolorowałam go kredkami, trochę
się wtedy rozmazał, ale był jeszcze śliczniejszy. Mama pomogła mi go przykleić koło mojego łóżka na ścianie, koło
plakatu księżniczki Kopciuszka.
No i poszliśmy z Antkiem
spać. On pierwszy usną, bo zawsze wcześniej usypia, a ja jeszcze oglądam
gazetki. Potem on na mnie krzyczy, że nie może spać i muszę zgasić lampkę i
oglądam przy latarce. Potem też zasnęłam. Chyba, bo nagle poczułam jak ktoś
szarpie mnie za rękę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz