czwartek, 28 lutego 2013

ROZDZIAŁ IX - WIELKIE PRZYGOTOWANIA

Czyli o tym co tak naprawdę wydarzyło się w szkole.

 

Antek

Zaraz opowiem jak to było, ale najpierw coś śmiesznego.

Graliśmy wczoraj: ja mama i Zosia w pociąg literkowy. Taką zabawę, że ktoś mówi wyraz. Kolejna osoba mówi następny wyraz, na taką literę na jaki kończył się ten pierwszy. No i tak dalej. Wyrazy nie mogą się powtarzać. Jak mama powiedziała – czoło – to ja powiedziałem Olek. Potem, w którejś kolejce ja powiedziałem – krzesło – a Zosia powiedziała - Olek myje zęby. Mama powiedziała, że Olek już był. Zocha na to – no tak, ale Olek myje zęby jeszcze nie było!

Śmieszne nie?!

No to teraz będzie mniej śmiesznie.

Z uwagą w dzienniczku to był tak:
Pod koniec zabawy urodzinowej w Piotrka, w tym całym zamieszaniu, na podłodze zobaczyłem rysunek Vadera. Był już podeptany przez różne buty. Poskładałem go i wcisnąłem do kieszeni. Wziąłem ze sobą do domu. W domu schowałem do kieszeni taty kurtki. Stwierdziłem, że jak ożyje znów, to tata sobie na pewno z nim poradzi. W końcu chodzi na siłownie!

Na szczęście nic się nie stało, przez noc, więc rano wziąłem rysunek do szkoły. Na świetlicy siedliśmy z chłopakami i opowiedziałem im wszystko co i jak z tymi rysunkami.

Wcześniej nie mogłem im powiedzieć bo na przerwach szalejemy, ślizgamy się na korytarzu na kolanach, gonimy albo gramy mecz i to jest bardzo ważne.

Więc na świetlicy dopiero był czas. Jak im pokazałem rysunek Vadera to znów zbledli. Potem  stwierdziliśmy, że w naszych rękach są losy całej szkoły, a nawet Krakowa. Piotrek nawet powiedział, że całej Polski. No bo jak Vader znów ożyje to wszyscy będą mieć problemy. I nie wiadomo, czy policja sobie z nim poradzi.

Nazwaliśmy się więc DRUŻYNĄ NAJDZIELNIEJSZYCH. Długo kłóciliśmy się o nazwę: padały różne propozycje: „Drużyna z II b”, „Najdzielniejsi z żywych”, „Bladzi ale dzielni” oraz, „Najlepsi z dwurękich”. Po kłótniach wybraliśmy „Drużyna najdzielniejszych”. Jako drużyna długo się naradzaliśmy, co trzeba zrobić z rysunkiem.

W końcu postanowiliśmy, że rysunek trzeba zniszczyć. Raz a dobrze!!!

Wszyscy się co do tego zgodziliśmy, bo nikt z nas nie chciał już więcej się bać! Postanowiliśmy, że jutro zrobimy mu (czyli rysunkowi) pogrzeb. A żeby go zniszczyć raz, a dobrze postanowiliśmy go spalić. Plan był taki: ja organizuję zapałki, Michał kamienie, żeby obłożyć miejsce gdzie go palić będziemy, żeby ogień nie uciekł, Tomek i Franek bidony z wodą, żeby w razie czego zalać pożar, a Piotrek bierze miecz żeby w razie czego pokonać Vadera jakby ożył. Bardzo dobrze się przygotowaliśmy do tej akcji. Bardzo odpowiedzialnie. Rodzice byliby z nas dumni, ale oczywiście nie mogli o niczym wiedzieć. Na końcu krzyknęliśmy:
 „Drużyna najdzielniejszych zawsze razem” – bo widzieliśmy w bajkach że tak trzeba.
Ja już widziałem napisy w gazetach i w internecie: „Dzielne chłopaki z II B uratowały, świat przed zagładą”!!!

Potem okazało się, że może i owszem uratowaliśmy świat przed zagładą, ale nie zdążyliśmy uratować samych siebie!

Na koniec jeszcze pokłóciliśmy się o to, kto bierze rysunek do domu, bo nikt nie chciał. W końcu zamknęliśmy go w worku, w drugim worku, wsadziliśmy go do pojemnika na śniadanie Franka i do worka na buty Tomka i do pudełka i do szafki w szkole!

I poszliśmy do domów. Już prawie czuliśmy się jak bohaterzy!

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ VIII - UWAGA I SŁODZYCZE

Czyli o tym jak Zosia się bogaci, a Antek dostaje karę
 
Zosia:
 
Smutno mi było, że Antek idzie na urodziny, a ja nie. Czasem Antek mnie brał na zabawy do swoich kolegów, jak jeszcze byliśmy w przedszkolu. Teraz powiedział, że nie i koniec. Ale smutno mi było tyko przez chwilę. Jak tata
z Antkiem poszli, to my, ja i mama miałyśmy bardzo dużo pracy. Piekłyśmy dla taty tort! Tata tak jak ja, kocha słodycze i czasem nam (mnie i Antkowi) podbiera z zapasów. Potem odkupuje (jak nie zapomni).
Jak mi Antek potem wieczorem wszystko opowiedział, to bardzo się cieszyłam, że mnie tam nie było, bo Vader z rysunku był straszny. Na żywo musiał być jeszcze gorszy. Ucieszyłam się jednak, że rysunek znów ożył. To mogło oznaczać, że Spiryt też do mnie jeszcze wróci.
Następnego dnia, jak Antek wrócił ze szkoły to był jakiś dziwny. Na pytanie mamy:
- Jak było w szkole?
Odpowiedział tylko:
- Normalnie.
Ale potem dał mamie dzienniczek i okazało się, że nie było normalnie.
Mama zaczęła czytać, a potem popatrzyła na Antka, popatrzyła w dzienniczek i sobie usiadła.
Mocno też zbladła, wyglądała jak moja biała bluzeczka. W końcu przeczytała na głos:
Antek wraz z kolegami na przerwie wyszedł na pole i za szkołą i próbował rozpalić ognisko. Bardzo proszę o stawienie się Państwa w szkole, w dniu jutrzejszym o 18:00 razem z synem”
Mama skończyła czytać i patrzyła na Antka, a on udawał, że pilnie robi zadanie z matematyki. Czułam, że mama jest nieźle zdenerwowana. No i zaczęły się pytania: Co? Jak? Dlaczego? Mama trochę krzyczała, a Antek się w końcu popłakał.
Ja nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale pomyślałam że ognisko to fajna sprawa. Postanowiłam też, że poproszę mamę żeby mnie zabrała ze sobą jak będą szli do szkoły. Ja bym też posiedziała przy ognisku, a nawet kiełbaskę zjadła. Teraz jednak nie prosiłam, bo mama była zdenerwowana.
Wieczorem jak tata przyszedł, to rozmawiali ze sobą i też byli zdenerwowani. Potem tata rozmawiał z Antkiem. Też byli zdenerwowani. Ja poszłam oglądać bajkę, sama bo Antek miał karę i nie mógł. Siedział wkurzony u siebie na łóżku.
Potem przed spaniem, jak rodzice nie widzieli, to mi powiedział:
- To wszystko przez Ciebie!
- Ale co? – zapytałam
- Wszystko! Ty powinnaś mieć karę, nie ja!
Potem poszedł i wygrzebał coś z plecaka:
- Masz! – powiedział – Masz się ze mną tym podzielić!
I dał mi siatkę, a w niej różne słodycze. Antek mi pokazywał i wyjaśniał:
- To od Tomka – i pokazał mi jajko niespodziankę – żebyś mu narysowała statek Star Wars (ale bez nikogo w środku). To od Michała – tu pokazał czekoladę z orzechami – żebyś mu narysowała Messiego tego piłkarza. A to od Piotrka – dodał i pokazał mi paczkę gum – Bartek prosił żebyś już nigdy nic nie rysowała!!!!!
Strasznie się ucieszyłam. Upewniłam się jeszcze, czy jak rysunki nie ożyją to słodycze i tak zostaną? Antek powiedział, że zapyta. Potem powiedział, że jest na mnie obrażony i na razie ze mną nie gada. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero jak za kilka dni przestał być obrażony to mi wyjaśnił. Na razie zawiesił na wejściu do swojego łóżka znak, który sam zrobił i napisał: „Zakaz wstępu ZOSI”.
Rodzice nie zabrali mnie do szkoły następnego dnia jak szli z Antkiem. Jak się popłakałam, to tata powiedział, że żadnych kiełbasek tam nie będzie. Zostałam z dziadkiem i super się bawiłam. Antek chyba na tym spotkaniu, nie bawił się aż tak dobrze, bo wrócił znów obrażony, a do tego jeszcze jeden dzień miał szlaban na bajki. Szkoda bo Pingwiny z Madagaskaru byłby naprawdę śmieszne.
Antek nie chciał mi opowiedzieć o co chodziło z tym ogniskiem, może wam opowie.
Acha, konik na razie nie przyleciał.




Tort dla taty.

wtorek, 26 lutego 2013

ROZDZIAŁ VII - URODZINY PIOTRKA


 Czyli o tym jak to jest, kiedy wydaje ci się, że umierasz ze strachu.


Antek:

Nie mogłem się doczekać imprezy. We wtorek stało się coś strasznego. Dostałem katar i strasznie kaszlałem. Bałem się okropnie, że mi nie przejdzie i nie pójdę na imprezę. Łykałem więc dzielnie wszystkie okropne syropy, jadłem kanapki z masłem czosnkowym (je akurat uwielbiam) i dmuchałem z nosa co chwila. W piątek czułem się dużo lepiej, jeszcze trochę kaszlałem, ale starałem się kaszleć już tylko w poduszkę, żeby mama i tata nie słyszeli, bo by mi wtedy nie pozwolili iść. Z resztą gdybym wiedział co się będzie działo na tej imprezie….. ale po kolej.

Urodziny odbywały się w galerii handlowej, w takim specjalnym miejscu gdzie się robi, właśnie urodziny. Ja swoje urodziny zrobiłem w domu. Mama namawiała mnie żeby zrobić gdzie indziej, bo bała się chyba, że nasz mały dom rozniesiemy. Nie roznieśliśmy i też było fajnie.

Do Piotrka wybrał się ze mną tata. Tego dnia on sam miał urodziny i sobie zrobił taki prezent, że się wkręcił ze mną na imprezę. Sprytny ten mój tata.

Jak przyszliśmy, to był już Tomek i Michał i szaleli. Była tam duża sala, a nawet dwie. Dałem Piotrkowi prezent: klocki Star Wars i rysunek. Nawet mu się podobało. Potem poszedłem szaleć z chłopakami. Goniliśmy strasznie, jak zawsze. Biliśmy, strzelaliśmy i takie tam. Potem nas rodzice wołali na tort i szampana. Dobre były. Jeden z kolegów Piotrka (nie znam go) jak pił szampana to się śmiał i ten szampan mu nosem wyleciał. Wtedy wszyscy się śmialiśmy i mnie też nosem wyleciał. No super było! Potem dorośli poszli gdzieś „na kawkę”, a my oglądaliśmy prezenty. Wśród nich był też rysunek Zosi. Spodobał się Tomkowi:

- O fajny! – powiedział – niezły miecz!

- No – zgodził się Piotrek - zawsze o takim marzyłem, ale nie mam. A chciałbym mieć – dodał po chwili.

No i wtedy to się stało. Wszystko się działo tak szybko, że nie wiem czy dobrze zapamiętałem.
Oto nagle stanął przed nami Lord Vader ŻYWY! OGROMNY! STRASZNY!

Wszyscy równiutko krzyknęliśmy: AAAAAAAAAAAA!!!!!! I uciekliśmy z małej sali do dużej. Okrążyliśmy ją szybko dalej krzycząc: AAAAAAAAAAA!!!! Rodzice, którzy byli tam zaczęli się śmiać i usłyszałem jak jeden pan powiedział:

- Ale się fajnie chłopaki bawią!

Ale my się nie bawiliśmy! Walczyliśmy o życie! Uciekaliśmy! To uciekanie nam nie szło, bo w sumie tylko kręciliśmy się wokół sali. Zrobiliśmy trzy okrążenia, przerażeni i bladzi. Piotrek, który prowadził naszą ucieczką, chyba się pomylił i zamiast całkiem wybiec z sali urodzin na galerię, z powrotem nas pokierował do małej sali. Potem się tłumaczył, że wszystkie drzwi wyglądały mu tak samo, a w ogóle to biegł z zamkniętymi oczami, bo się bał otworzyć.

Jak wpadliśmy do tej sali to ON był tam dalej. WIELKI, CZARNY, STRASZNY. Grzesiek, który biegł za Piotrkiem zemdlał. Powpadaliśmy więc na niego i leżeliśmy na sobie jak głupki. A On patrzył. Potem machnął mieczem i podszedł do Piotrka. Myślałem, że umrę ze strachu. Zaraz potem pomyślałem, że pewnie Piotrek pierwszy umrze. Piotrek był strasznie dzielny bo nie umarł tylko wstał.

Wtedy Lord Vader podszedł do niego i wyciągnął coś zza czarnego płaszcza. Wszyscy, którzy nie zemdleliśmy, pomyśleliśmy, że to koniec. Ale Lord Vader wyciągnął tylko mały świetlisty miecz i dał go Bartkowi. Na mieczu była kokardka. Lord Wader zaśmiał się okropnie i powiedział

- Happy Birthday Piotrek – ……..po czym zniknął.

Wtedy Piotrek zemdlał, Michał krzyknął, ja się przewróciłem na Tomka, który uciekając, wpadł w tort, a reszta stała dalej nie ruchoma ze strachu. Teraz żałuję, że ktoś nam zdjęcia nie zrobił. Na to wszystko do sali wpadli rodzice. Wtedy się zaczęły krzyki mam, wołanie o wodę dla tych co byli bladzi i w ogóle jakaś panika. Tatusiowie mądrzyli się, że to od szampana na pewno albo, że coś w torcie było co nam zaszkodziło.
To były straszne urodziny. Straszne, ale też strasznie fajne.
Dobrze, że chłopaki byli tam ze mną – teraz mi uwierzą!!!  










ROZDZIAŁ VI - LORD VADER

Czyli o prezentach i przekupstwie

 



Zosia:

Strasznie nie lubię, kiedy mama mnie czesze, bo czasem mnie szarpie!
Wtedy krzyczę. Czasami też krzyczę, nawet jak mnie nie szarpnie, tak na wszelki wypadek żeby uważała! Kiedyś rano w środę (wiem, że to była środa bo miałam angielski, a właśnie w środy mam), jak mama rano robiła mi dwa warkocze, Antek zapytał:

- Ej Zosia, a coś dla mnie zrobisz?

- A co? – zapytałam zdziwiona?

- Narysujesz mi coś z Gwiezdnych Wojen?

- Z Gwiezdnych Wojen? – zdziwiła się Zosia – po co?

- W sobotę idę do Piotrka na urodziny, pamiętasz? On bardzo lubi Star Wars! Chciałem mu do prezentu dać rysunek!

- No dobra, ale najpierw pokaż co masz w słodyczach, w zapasach!

- Po co – zapytał Antek zdziwiony?

- Bo ci narysuję, jak znajdę coś ciekawego w twoich zapasach i mi to dasz – Szybko tak sprytnie wymyśliłam. Bo ja, oprócz rysowania, mamy i taty, kocham też SŁODYCZE.

- O matko! – oburzył się Antoś – aleś ty jest - po chwili dodał – jak ładnie narysujesz to dostaniesz!!

- No dobra! – zgodziłam się

Mama szybko się wtrąciła, że owszem możemy sobie rysować, ale po przedszkolu!
Bo zaraz, teraz, JUŻ musimy wychodzić bo się wszędzie spóźnimy! Mama mówi tak co rano! Ja jakoś zawsze zdążam do przedszkola! Choć nie wiem, o której godzinie musiałbym być w przedszkolu, żeby nie zdążyć. Antek wie, bo w szkole ma dzwonek, a mama i tata szefa. A ja nie.

Po przedszkolu, obiedzie w domu, treningu mówienia (bo chodzę do logopedy), po tym jak pobawiłam się klockami i Antek odrobił lekcje, od razu wzięłam się do rysowania.

Zupełnie nie wiedziałam kto to Lord Vader – nawet tego powiedzieć dobrze nie umię – więc najpierw narysowałam Batmana. Bo jego znam od Antka. Jak go Antek zobaczył to mnie wyśmiał! Usiadł ze mną przy naszym stoliku, wygrzebał dwie gazetki od siebie z półki z Lordem Vaderem. Przyniósł mi nawet swoje pastele, a w sumie jedną – czarną i powiedział:

- Teraz rysujja będę patrzył i Cię poprawiał!

- To jest Lord Vader? – okropny. Może narysuje Piotrkowi księżniczkę? – zaproponowałam.

Antek na to walną się ręką w czoło. Jak zawsze gdy jest czym oburzony!

- Zośka, jak chcesz słodycza to RYSUJ. Tu masz dwa zdjęcia i rysuj!

- No dobra, dobra.

Zabrałam się więc do pracy. Chociaż ten Lord był okropny. Cały czarny z tą okropną maską na twarzy i peleryną. Te wszystkie głupie potwory Antka są do siebie podobne. Nuda. Mają peleryny, maski, są czarne albo czerwone. Nie wiem co chłopaki w nich widzą. Ten się wyróżniał mieczem. Bo jak już narysowałam tego jakiegoś Vandera, to Antek mi jeszcze kazał dorysować miecz.

- Zośka patrz! – powiedział – taki świetlisty miecz to ma być!

Bałam się, że Antek mi nie da słodycza, jak nie dorysuję miecza, to narysowałam.

- No Zocha, jestem z Ciebie dumny!

- A mogę mu dorysować bukiet kwiatów, albo parasolkę? – będzie wtedy milszy.

- O matko!! - Antek się oburzył i porwał rysunek.

Za Lorda jakiegoś tam, dostałam od Antka lizaka. Chciał mi dać ptasie mleczko – jedno, ale było stare, a poza tym ja nie lubię ptasiego mleczka. Potem poszłam lepić z plasteliny Plastusie w zielonych majtkach. Miałam nadzieje, że tym razem Lord Vander nie ożyje.


Ale stało się inaczej…  

Lord Vader



ROZDZIAŁ V - SIEDZĘ W DOMU

Czyli o moich próbach malarskich



Antek:


Rodzice nie mogli zrozumieć, o co chodzi z moim brzuchem. Niby nie wymiotowałem, ale było mi strasznie nie dobrze i przez dwa dni kręciło mi się w głowie. Mama myślała, że to od pizzy, którą jedliśmy dzień wcześniej, a tata przekonywał, że to od testu semestralnego z angielskiego, który miałem mieć tego dnia w szkole.
Ja siedziałem cicho, bo co miałem powiedzieć??:
Mamo, tato nie martwcie się, to od konia. Lataliśmy z Zosią na nim w nocy”??.

Wtedy zamiast dziadka, który zgodził się ze mną zostać przyszedłby pewnie lekarz od ludzi nienormalnych.

Najważniejsze, że zostałem w domu. Naprawdę czułem się po tych nocnych lotach nie dobrze. Za każdym razem, jak szedłem do siebie do łóżka
i przypadkiem zerkałem na rysunek Spiryta, łapałem się znów za brzuch. Muszę powiedzieć rodzicom, że już wiem kim nie będę jak dorosnę. Nie będę lotnikiem, ani pilotem ani spadochroniarzem!!
Jak siedziałem w domu to z nudów kombinowałem z rysunkami. No bo jak Zośce się udało to czemu nie miałoby udać się i mi?
Wziąłem te same kartki i kredki i nawet wygrzebałem z plecaka kawałek węgla, którym rysowałem w szkole. Mama nie ucieszy się, bo ten węgiel nim go wyciągnąłem z plecaka, przytulił się do piórnika i książek i do plecaka. Widok był gorszy niż z tą kanapką, której nie zjadłem w szkole i przed wyjazdem w Bieszczady zapomniałem wyjąć z pojemnika. Jak po powrocie z ferii, mama mi chciała dać śniadanie do szkoły i otworzyła pojemnik to aż krzyknęła. Nawet nie wiedziałem, że tak pięknie umie hodować PLEŚŃ. Kanapki prawie nie było! Tylko sama pleśń!
No więc jak siedziałem w domu to zacząłem rysować. Normalnie nie przepadam za rysowaniem. Warto jednak było spróbować. Narysowałem Spidermana i przekalkowałem Lorda Wadera. Trochę bałem się rysować Czterorękiego, ale zaryzykowałem. W końcu jak by ożył, to był ze mną dziadek. Na pewno by mi pomógł.
Okazało się jednak, że nie musiał mi pomagać. Poradziłem sobie sam, bo nic nie ożyło. Walnąłem kartkami w kąt i poszedłem ograć dziadka w szachy.
Po dwóch dniach wróciłem do szkoły. Tak strasznie chciałem opowiedzieć chłopakom o SPIRYCIE. Wiedziałem jednak, że mi nie uwierzą. Ech szkoda.
Okazało się jednak nie długo, że mi uwierzyli! Nim jednak opowiedziałem im o rysunkach, stało się coś co sprawiło, że włosy na głowie stanęły mi dęba ze strachu!







ROZDZIAŁ IV - DALEKI LOT

...czyli o księżycu i bólu brzucha


ZOSIA:

Ależ się bałam! Choć tylko na początku. Dobrze, że Antek był ze mną. Kazałam mu żeby mnie dobrze trzymał! Przypomniało mi się też, że Antek ma lęk wysokości więc krzyknęłam:

- Nie patrz w dół! – ale to mądrze wymyśliłam.

Ja oczywiście patrzyłam. Było pięknie. Konik leciał wysoko, w dole były śpiące domy, tyko gdzie niegdzie paliło się światło. Spiryt doleciał do wieży kościoła, tego co chodzimy do niego w niedziele. Przelecieliśmy tuż obok  najwyższej wieży i zakręciliśmy. Próbowałam konikiem trochę sterować ciągnąc go za uszy, ale raczej mi się nie udawało. Spiryt leciał gdzie chciał.

- Lepiej niż na karuzeli! – Antek krzyczał za mną.

Też tak pomyślałam. Potem polecieliśmy nad kładką tą, nową na Wiśle, a potem dolecieliśmy aż do wielkiego zamku. Antek krzyczał za mną, że to Wawel. Nagle wyrosła przed nami wielka świecąca kula! Myślałam, że dolecieliśmy aż na księżyc i ze strachu zamknęłam oczy. Bałam się że się rozbijemy, ale Spiryt sprytnie ominął kulę.

- Antek to był księżyc! – krzyknęłam do tyłu.

- Sama jesteś księżyc! To był balon ten nad Wisłą, ktoś wzbił się nim w górę – mądrzył się Antek.

Ja wolę myśleć, że to był księżyc. Potem polecieliśmy z powrotem, chociaż krzyczałam do Spiryta, że ja chcę na księżyc. Antek chyba nie chciał bo coś blady był.

- Chyba mi nie dobrze! – krzyknął do mnie

Ja jednak nie dosłyszałam co krzyczał i odkrzyknęłam:

- Mnie też jest dobrze!! Jest super!

Tuż przed samym naszym oknem, Spiryt mocno zahamował. My powpadaliśmy przez okno każdy prosto na swoje łóżko.

- Łał!! – krzyczałam - Ale było super!! Lecimy dalej, dalej!!

Wtedy zapaliło się w pokoju światło i przejęta mama przybiegła do mojego łóżka.

- Co tak krzyczysz Zosiu? Antosia zaraz obudzisz. Choć do naszego łóżka, to był tylko jakiś sen.

Popatrzyłam na Spiryta – on mrugnął do mnie okiem i odleciał.

Ale mi się smutno zrobiło. Poczłapałam za mamą do łóżka i się popłakałam, że chcę do konika. W końcu mi się katar zrobił i nie mogłam spać. Mama głaskała mnie po głowie i mówiła, że już dobrze, dobrze, że to tylko sen! Ale ja płakałam właśnie dlatego że to nie był sen!

Potem zadzwonił budzik.

Tata powiedział, że wstajemy, po tym jak mama powiedziała mu żeby wstawał. Antek nie chciał wstać i mówił, że go brzuch boli. Ja wstałam i pobiegłam do mojego konika. Rysunek wisiał sobie spokojnie na ścianie.

Był na nim konik. Mój Spiryt. Ale coś się nie zgadzało, nie miał gwiazdki na czole! Poczułam wtedy, że coś mnie kłuje w pupę. To gwiazdka Spiryta, ta z jego czoła!! Leżała sobie tak po prostu na moim łóżku!

Po przedszkolu do gwiazdki dorobiłam sobie sznurek. Zawiesiłam ją na szyi. Wszystkie dziewczyny mi zazdrościły. Antek też – choć się do tego nie przyznał.

Przez dwa dni w ogóle mało mówił. Został w domu bo okazało się że naprawdę mu było nie dobrze. Wieczorem mi powiedział:

- Przemyślałam to. Więcej nie latam! Narysuj auto, albo rolki, albo sanki to pojedziemy gdzieś! Latał więcej nie będę!!!

Ja też już więcej nie poleciałam, bo Spiryt więcej nie przyleciał. Na razie. 



Zosia i Antek na Spirycie





ROZDZIAŁ III - NOCNA POBUDKA

.... czyli o tym jak wydaje nam się, że śpimy


ANTEK:
Nie lubię jak coś mnie w nocy budzi, bo w nocy lubię spać. Jak już się zbudzę to szukam Zioka, a potem śpię dalej.
Nie to co Zosia – bo ona jak się w nocy zbudzi to od razu pędzi do łóżka rodziców, a najpierw się drze: Maaamaaaa!

Acha Ziok, to moja przytulanka. Mam ją odkąd pamiętam. Nie usypiam bez Zioka. To mój najlepszy przyjaciel. Raz tylko musiałem go schować, jak chłopaki na urodziny do mnie mieli przyjść. Jak by go zobaczyli to by się śmiali.
Ale wracamy do opowiadania:
Tej nocy jednak obudziło mnie coś dziwnego, takie jakby światło.
Poszukałem Zioka i chciałem spać dalej, ale mi się nie udało.
Wyraźnie słyszałem, że na dole koło łóżka Zosi (bo my mamy piętrowe łóżka )coś szeleści.
Myślałem, że to Zosia podjada jakieś słodycze po kryjomu, bo kiedyś tak już zrobiła. Spuściłem głowę na dół żeby ją nakryć i wtedy go zobaczyłem…………….
Nie uwierzycie.
To świecił ten Zosi konik z obrazka!!!
Tylko już nie był z obrazka. Stał koło Zosi łóżka i pyskiem grzebał coś w pudełku z jej skarbami. Serce zaczęło mi walić, jak wtedy w szkole, jak Pani od angielskiego uderzyła dziennikiem w ławkę żeby był spokój.
Konik był takim kucykiem, ale w naszym małym pokoju wydawał się wielki. Zlazłem z łóżka. Wtedy on obrócił się do mnie i mnie polizał po ręce i po nodze. Przestałem się bać i go pogłaskałem. Ależ był milutki w dotyku. Szybko popatrzyłem na łóżko rodziców, ale cicho pochrapywali, nic chyba nie słyszeli.
Potem szarpnąłem Zosię za rękaw i szybko zakryłem jej buzie ręką żeby nie krzyknęła.
I tak krzyknęła, a do tego jeszcze mnie ugryzła. Wtedy ja też krzyknąłem.
Znów zerknąłem na rodziców – uff spali dalej. Zocha usiadła na łóżku i otwarła szeroko oczy. Jak zobaczyła konika, to znów chciała krzyknąć i znów musiałem jej buzię zasłonić. Na szczęście już mnie nie ugryzła.
- Cicho bądź. – szepnąłem – Patrz! To twój konik ten z rysunku! Ożył!!! Rysunek znów ożył!!
Konik postanowił też wkroczyć do akcji. Przytulił pysk do Zosinej ręki. Wtedy ona też go pogłaskała.
- Jaki on śliczny! Ale go pięknie narysowałam!  Zobacz Antek i ma ten znaczek na czole tę gwiazdkę co mi się węglem trochę rozmazała. – Mój konik!
Zaczęła piszczeć i go tulić, tak jak dziewczyny to robią. Musiałem jednak przyznać, że konik był naprawdę super i do tego tak pięknie świecił.
- Będzie się nazywał SPIRYT – Zocha szybko zadecydowała. Spiryt to pies z Bieszczad. Ale co tam my nie mamy psa, to niech konik będzie Spirytem.
Spiryt ciągnął nas razem za rękawy i wskazywał łbem na siedzenie.
No więc wsiedliśmy na niego. Zmieściliśmy się razem! Zocha pierwsza, ja za nią. Wtedy Spiryt – nie wiem jak on to zrobił -  rozwinął szeroko małe skrzydła i wylecieliśmy przez otwarte okno w ciemną noc.
Wiem, że mi pewnie nie wierzycie. Też bym nie wierzył. Mati z Robertem też mi pewnie nie uwierzą. Chyba nawet im nie powiem bo by się śmiali.

- Zośka uszczypnij mnie! Może nam to się śni??

- Dobra, ale ty mnie już nie szczyp! Jak to sen, to ja nie chcę się jeszcze obudzić.

Antek Zosia i Spiryt






ROZDZIAŁ II - KÓŁKO PLASTYCZNE I PEWNA NOC


...... czyli o tym jak powstał konik


Zosia:


Mam pięć i pół lat i nie mogę się doczekać kiedy będę miała urodziny. Dostanę wtedy nowy rower i zaproszę dziewczyny. Lubię rysować – ciągle coś rysuję. Rodzice mówią, że ładnie. Antek czasem też, a czasem mu się nie podoba. Kocham Antka, ale jak się kłócimy, to go nie lubię. Teraz moja kolej, więc opowiem co było dalej:
Z dinozaurem się nie udało, mimo iż wyszedł mi naprawdę dinozaurowaty.
Antek chciał żebym potem spróbowała z Ben Tenem – ale też się nie udało.
Próbował mnie jeszcze namówić na pająka, ale się nie zgodziłam.
Po cichu spróbowałam jeszcze z księżniczką, a potem z syrenką. Wyszły mi takie ładne, ale niestety nie ożyły. Tego dnia z niczym się już nie udało. Rysowałam dopóki tata nie wołał do kąpania. Narysowałam nawet Dębowiec, misia, przedszkole, lody i nawet banana. Ale nic z tego. Na koniec narysowałam mamę i tatę – i z nimi się trochę udało, no bo przecież byli tu z nami. Ale Antek powiedział, że to się nie liczy!   
Przez cały następny tydzień rysowałam w przedszkolu i w domu. Mama powiedziała, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy mogli, moimi rysunkami wytapetować całe mieszkanie.
Antek jeszcze trochę mnie męczył i rysowałam mu wtedy: auto, motor  (CHOCIAŻ MOTORU NIE UMIĘ), narysowałam mu jeszcze Gormita bo przyniósł na wzór.  Zgodził się też, oddać mi za ten rysunek Kinder bueno od dziadka. Gormit nie ożył, a ja musiałam szybko zjeść to kinder bueno, bo mi Antek chciał zabrać, za to że rysunek nie ożył.
Wtedy Antek przestał już chcieć ode mnie te swoje potworne rysunki, i trochę zapomnieliśmy o tamtym ognisku. Ale tylko trochę.
No a potem….., potem, no nie wiem kiedy, za  kilka dni, może tydzień ( le dokładnie nie wiem ile to tydzień), ale to było w czwartek poszłam z mamą na kółko plastyczne. Bo chodzimy na kółko do Domu Kultury, chyba że jestem chora to wtedy nie chodzimy.   
Tego dnia na kółku plastycznym rysowaliśmy koniki. Takie zwykłe, ale ja mojemu dorysowałam skrzydła.
 Na koniu takim prawdziwym, takim całkiem prawdziwym, to jeździłam nad morzem. Strasznie mi się podobało i namówiłam mamę na jeszcze raz i jeszcze raz.
No i na tym kółku rysowaliśmy konika  - Pani nas uczyła. Rysowaliśmy węglem. Bardzo lubię rysować węglem, tylko nie lubię jak zaraz mam całe czarne ręce. A jak się podrapię, bo mnie akurat swędzi czoło, to cała jestem czarna. 
Pani powiedziała, że konik wyszedł mi naprawdę ładny.
Widziałam jak te koleżanki, co siedzą ze mną rysowały i ich koniki nie przypominały koników. A mój tak! Miał długi ogon, do góry bo akurat nim kręcił i się zatrzymał na górze. Miał też długą grzywę i siedzonko takie. Tacie i mamie też się podobał i nawet Antek popatrzył i powiedział że „no ładny”. W domu pokolorowałam go kredkami, trochę się wtedy rozmazał, ale był jeszcze śliczniejszy. Mama pomogła mi go  przykleić koło mojego łóżka na ścianie, koło plakatu księżniczki Kopciuszka.
No i poszliśmy z Antkiem spać. On pierwszy usną, bo zawsze wcześniej usypia, a ja jeszcze oglądam gazetki. Potem on na mnie krzyczy, że nie może spać i muszę zgasić lampkę i oglądam przy latarce. Potem też zasnęłam. Chyba, bo nagle poczułam jak ktoś szarpie mnie za rękę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 25 lutego 2013

ROZDZIAŁ I - NAMIOT I OGNISKO...

... czyli o tym jak wszystko się zaczęło


Antek:
Mam osiem lat i jestem już bardzo dorosły. No może nie bardzo, ale na pewno nie jestem już dzieckiem. Na pewno jeszcze jest nim Zosia – moja młodsza siostra. Rodzice mówią, że czasami Zosia to w ogóle jest dzidkiem (czyli małym dzidziusiem), jak się jej nie chce samej ubierać. Zocha ma pięć lat,no pięć i pół.
Jesteśmy po prostu rodziną: Ja, Zosia, mama i tata.
Taką chyba normalną, zwykłą rodziną.

Jednak od jakiegoś czasu ja i Zocha mamy dziwne przygody.
Chyba więc, nie jesteśmy tacy całkiem zwykli i normalni.


A wszystko zaczęło się tak:

Było zimowe po południe, ale nie poszliśmy na spacer, bo tata powiedział że na polu jest „syf”. Oznaczało to brzydką pogodę oraz to, że trzeba znaleźć coś ciekawego do zabawy, albo do zmajstrowania w domu.

Sobota to czas porządków. Głównie dla mamy, która stara się wciąż na nowo wydobywać różne rzeczy, spod innych rzeczy. Na przykład okazuje się,  że pod stertą kartek, książek, gazetek, talerzy, klocków pilotów do TV…. - JEST STÓŁ. Albo,  że szafka w przedpokoju nie znikła całkiem, tylko bawi się z nami w chowanego. To znaczy my, Ja i Zosia chowamy ją pod stertą ubrań: czapek, kurtek, szalików, a mama ją znajduje. No więc, kiedy mama pochłonięta jest tą zabawą w znajdywanie, my dzieci musimy udawać, że jesteśmy bardzo zajęci żeby czasem mama nie zawołała nas do pomocy. Żeby więc nie pomagać jej w sprzątaniu, tego dnia wymyśliliśmy NAMIOT. Powciągaliśmy do pokoju wszystkie krzesła z kuchni i  z salonu ( w sumie to nie mamy salonu), wszystkie poduszki, koce z różnych łóżek i zaczęliśmy budowę namiotu.

- Zośka trzymaj bo zaraz się wszystko zawali! - krzyczałem.

- Przecież trzymam, trzymam , ale jak się nie pośpieszysz to puszczę!  -
W odpowiedzi wydobył się stłumiony pod kocami głos Zosi.

 - Antek, ale żeby był to namiot naprawdę to musimy w tym namiocie mieć śpiwory!

- To idź po śpiwory!

Zosia wylazła więc z czegoś, co przypominało raczej norkę niż namiot i pobiegła na poszukiwanie śpiworów.

 - Zośka trzymaj! - krzyczałem dalej.

- Ale kazałeś iść po śpiwory! - Odkrzykuje Zosia.

- Ach z tymi babami  - wzdycham i sam próbuję uporać się z namiotem.

Gdy jest już prawie gotowy, Zocha z dumą na twarzy wciąga do namiotu dwa RĘCZNIKI, oznajmiając że znalazła śpiwory!

Postanowiłem być dobrym bratem i udawać, że są fajne. Bo zabawa jest fajna jak bawimy się razem, no chyba, że się pokłócimy – to wtedy wolę się bawić ze sobą, albo grać na PSP.

Do namiotu powciągaliśmy też inne rzeczy, niezbędne by było jak w namiocie : latarki, klocki, ubrania na zmianę, gazetki na wypadek gdyby padało i oczywiście KREDKI. Zosia nigdzie nie rusza się bez kredek!

No i było całkiem przyjemnie. Mama chyba jeszcze nie odkryła braku krzeseł, bo nie krzyczała. Brakowało nam tylko ogniska, bo jak jest namiot to musi być i ognisko. Tak przynajmniej widziałem w Bieszczadach, bo choć w góry jeździmy to nasi rodzicie nigdy nas nie zabrali pod namiot. Zosia też się zgodziła, że ognisko musi być.

Zaczęliśmy, w sumie to ja zacząłem szukać  drewienek na to ognisko.
Zosia powiedziała, że na razie nie wychodzi bo „pada”. Powstrzymałem się, żeby nie powiedzieć że jest „głupia, bo jak może padać w pokoju”, tylko dlatego, że sam zbierałem różne zabawki żeby wmówić jej, że to patyki.

- Antoś patrz co narysowałam! – zawołała Zośka jak wlazłem do namiotu z tymi „patykami”, - ładne???

Na kartce było dużo czerwonych i żółtych kresek, tak nabazgranych, że aż się zdziwiłem bo Zosia na ogół ładnie rysuje. W sumie to nawet ładniej ode mnie.

Nie, nie ładne. Co to za bazgroły?

- To ognisko! Zobacz jak się ładnie pali!

Już miałem krzyknąć, że to tylko jakieś bazgroły i że Pawełek (nasz 2 letni kuzyn) by lepiej narysował – kiedy nagle zobaczyłem coś dziwnego.

Zośka też to zobaczyła, bo z wrażenia cisnęła kartką w podłogę. Siedzieliśmy oboje w naszym namiocie i jak zaczarowani patrzyliśmy w kartkę – stało się coś naprawdę nie zwykłego. Ognisko na kartce zaczęło się palić. Powoli, coraz jaśniej i cieplej robiło się w namiocie, a wesołe płomyki skakały do góry. Nic się jednak więcej nie zapalało, płonęło tylko ognisko.

Kazałem Zosi żeby mnie uszczypnęła, a ja uszczypnąłem ją (choć się udarła), żeby zobaczyć czy nam się to nie śni. Nie. Ognisko nie zniknęło. Za to zaalarmowana krzykiem Zosi zjawiła się mama, która wczołgała się do namiotu.

- Co się stało? Zaraz wracacie z krzesłami do pokoju bo gości mamy  - a potem spojrzała na ognisko – o Zosiu jaki ciekawy rysunek! Co to ma być?

- To ognisko , nie widzisz jak ładnie się pali. Uważaj bo się oparzysz! – Zosia krzyknęła bo mama chciała wziąć rysunek do ręki żeby mu się lepiej przyjrzeć!
Mama uśmiechnęła się tylko, pogłaskała Zosię po głowie, przypomniała jeszcze raz o gościach i poszła sobie.

I wtedy zrozumieliśmy – mama nie widziała prawdziwego ogniska.

Popatrzyliśmy na siebie z Zochą. I już wiedzieliśmy – mamy TAJEMNICE nad tajemnicami!!! Dorośli nic nie widzą, a my tak!

- Ej Antek, a zawołajmy jeszcze tatę! Może on zobaczy! - i oboje udarliśmy się:

……TATATATA!!!!

Tata wpadł do namiotu, a raczej wsunął tylko głowę, bo reszta mu się nie zmieściła.

- Co się stało? Co tak krzyczycie?

- A ładny rysunek narysowałam? – spytała uśmiechnięta Zocha.

No bardzo ładny Zosiu, a co to ma być? Ketchup z majonezem pomieszane?

- Tata! – Zosia się oburzyła to OGNISKO! Widzisz jak się, ładnie pali?

- No ładnie, ładnie. Tylko koców nie spalcie. – Uśmiechną się mrugną okiem i wyciągną głowę.

- Widzisz -  szepnąłem do Zosi – On też nie widział.

Patrzyliśmy jeszcze przez chwilę w to ognisko. Nawet myślałem czy by nie pobiec po kiełbaski i je upiec, ale wtedy ogniki zaczęły blednąć. Coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie ognisko stało się tylko rysunkiem.

- Chłopaki w szkole nie uwierzą jak im opowiem……. – powiedziałem.

- No….. Iza i Kasia też nie!

- Ale jak tyś to zrobiła?

- Nie wiem – tak jak zawsze rysowałam. Czyli wzięłam kartkę, potem kolor czerwony…..

- Wiem jak się rysuje! – powstrzymałem ją -  ale jak tyś to zrobiła, że rysunek ożył?

- Nie wiem – Zocha włożyła palec do buzi jak zawsze kiedy o czym myśli. I po chwili powiedziała - Nie wiem.

Wkurzyłem się, ale wiedziałem, że ona naprawdę nie wiedziała.

Wtedy przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Pobiegłem po nową kartkę i kolorowe kredki, dużo kredek. Po czym wlazłem do namiotu i szepnąłem przejęty:

-  Zosia, teraz rysuj DINOZAURA!  


Antek i Zosia w namiocie z krzeseł