niedziela, 10 marca 2013

ROZDZIAŁ XI – W PRZEDSZKOLU JEST SUPER

Zosia

Czasem to lubię być chora. Jak jestem chora to mam ciągle wolne i to jest super. Chciałabym żeby całe życie było wolne. Mogę wtedy spać ile chcę. Nie muszę się spieszyć z ubieraniem i jedzeniem. Czasem jak zostaje ze mną tata, to nawet o czesaniu zapomni. Mama nie zapomina, niestety.
Teraz jestem zdrowa i chodzę do przedszkola. Rano przed wyjściem, mam pewne zasady których się trzymam. Oto one:
- nie wyjdę z domu bez śniadania (jem chrupki z mlekiem),
- śniadanie jem w swoim tempie (czyli powoli),
- jak jem, mama nie może mnie czesać bo to mi strasznie przeszkadza (w ogóle czesanie mi przeszkadza),
- nie spieszę się z ubieraniem, czekam aż ktoś mi pomoże, jak nikt nie pomaga ubieram się sama, ale w swoim tempie.
- ubieram się tylko w to co mi się podoba – jak mama przygotuje mi bluzkę, która mi się nie podoba to nudzę, aż mama mi daje inną. 
- zasada najważniejsza – nie przejmować się jak się rodzice denerwują na mnie – tylko robić wszystko w swoim tempie, mnie się nigdzie nie spieszy.
W przedszkolu opowiedziałam dziewczynom o przygodach Antka z Vaderem
i szkołą. Trochę nie chciały wierzyć, ale słuchały. One lubią Antka. Bo on jest już dorosły. Antek chyba już skończył mieć kare, bo już normalnie oglądamy razem Pingwiny z Madagaskaru wieczorem i się razem śmiejemy. Na mnie też nie jest już obrażony, ale zakazu z łóżka nie ściągnął.
W przedszkolu dziś było super. Zaraz jak przyszłam zaczęłyśmy się bawić z Izą
i Kasią w dom. Iza i Kasia to moje najlepsze koleżanki. Ja byłam mamą, Iza tatą, a Kasia naszym synkiem. Potem przyszedł Karol i też się chciał z nami bawić. Został więc naszym rodzinnym pieskiem. Urządziliśmy super pokój
z materacy, ja gotowałam,  Iza sprzątała, a Kasia bałaganiła (bo była naszym małym synkiem). Wszystko było super, dopóki Karol nie przesadził z byciem pieskiem i nie ugryzł naszego synka (czyli Kasi). Wtedy Kasia zaczęła płakać. Przybiegła pani i zaczęła ją pocieszać. Karol siadł na karnym krzesełku, a my musiałyśmy posprzątać, bo zbliżało się drugie śniadanie.
Na drugie śniadanie był budyń czekoladowy. Uwielbiam budyń. Przy jedzeniu było śmiesznie, bo jak Maciek jadł to kichnął i Ewa, która siedziała naprzeciwko niego była cała w kichniętym budyniu! Ewa się nie śmiała. Potem pani powiedziała, że my też nie powinniśmy, bo Ewie było przykro. Na pewno Pani miała racje.
Potem rysowaliśmy prace plastyczne na temat: „witamy wiosnę”. Narysowałam dużo kolorowych kwiatków i bramę w parku. Tak sobie wyobraziłam, że przez tą bramę wchodzi Pani wiosna, sypie kwiatkami i one rosną. Jak rysowaliśmy to Pani podchodziła do każdego i patrzyła jak trzyma kredkę. Mówiła tak:
„Dwa paluszki kredkę trzymają, one same wystarczają. Trzeci, kredkę tylko podtrzymuje, wtedy ona ładnie rysuje”.
Pani też jest fajna.
Karol narysował wielki tort na całą kartkę, brązowy z czterema świeczkami na górze
(nie był za ładny). Pani zapytała:
- A co tort ma wspólnego z wiosną?
Karol na to odpowiedział:
- No bo ja mam na wiosnę urodziny!
- O to wspaniale, a w jakim dokładnie miesiącu?
- W grudniu! – odpowiedział zadowolony Karol.
Pani się uśmiechnęła i wytłumaczyła Karolowi, że grudzień jest w zimie, nie na wiosnę. Pani przypomniała, że są cztery pory roku, po zimie jest właśnie wiosna, potem lato i jesień.
- Zima się właśnie kończy Karolku. Musisz na tort poczekać prawie cały rok.
- To straszne…. - zmartwił się Karol!
- Pomyśl, z czym innym kojarzy ci się wiosna – poprosiła pani.
Karol myślał przez chwilę, a potem wykrzyknął zadowolony:
- Już wiem! Z choinką! Narysuję choinkę z bombkami!!
Pani westchnęła i raz jeszcze zaczęła tłumaczyć, że choinka jest w zimie. Nie przekonała jednak Karola. Narysował choinkę, a pod nią tort.
Potem chyba przez Karola wszyscy trenowaliśmy pory roku.
Ja wiem, że teraz jest już prawie wiosna. Wiem bo śnieg znikł, a mama kupiła mi wiosenne buty i bardzo po woli robi się cieplej i coś zaczyna wychodzić
z ziemi. Ale na razie jeszcze nie jest kolorowo, a na moim rysunku było bardzo! 

piątek, 1 marca 2013

ROZDZIAŁ X - POGRZEB VADERA I WIELKA AFERA

Czyli o tym jak nam się prawie udało.

 

Antek:
Zosia się zgodziła, żebym dalej ja opowiadał, bo sama była ciekawa co się stało. Kazała mi się jednak streszczać. Dalej było tak:
Na drugi dzień wszystko szło bardzo dobrze. Vader nie ożył, myślę, że się po prostu w tej szafce przydusił. Chłopaki przynieśli co trzeba. Ja się strasznie bałem wziąć te zapałki, bo wiem, że nie wolno, ale to była wyższa konieczność. Wziąłem z szuflady, z kuchni. Jak po lekcjach mieliśmy iść na świetlice, to my czyli ja Tomek, Piotrek, Michał i Franek uciekliśmy do szatni. Chcieliśmy się zachować naprawdę bardzo odpowiedzialnie i przed wyjściem ma pole się ubrać. Zwłaszcza, że była jeszcze trochę zima.
Potem wyszliśmy szybko, przez korytarz na pole. Na szczęście drzwi były otwarte. Strasznie się wszyscy denerwowaliśmy. Franek nawet chciał zawracać, ale nie pozwoliliśmy mu. Jak drużyna to drużyna!
Szybko skręciliśmy za szkołę, tak żeby nikt nas nie widział.
- Pospieszcie się! – krzyczał Piotrek - bo nie zdążymy na obiad! A są dziś szaszłyki!
- Zaraz sam będziesz szaszłyk jak Vader ożyje – krzyknął Tomek
Wreszcie znaleźliśmy super miejsce zaraz pod ścianą szkoły. Osłonięte od wiatru, no idealne! Nad nami było tylko jedno okno. Stwierdziliśmy, że to na pewno od jakiejś nie używanej sali. Michał szybko wyją z kieszeni kamienie i ułożył na ziemi. Po środku kamieni Franek ułożył zmięty rysunek. Po czym Franek i Tomek ustawili się w gotowości z bidonami. Teraz była moja kolej. Miałem odpalić zapałkę i podpalić rysunek. Nigdy w życiu nie odpalałem zapałki, ale byłem pewny, że mi wiem jak to się robi. Chłopaki stali i czekali, a ja spróbowałem z pierwszą z drugą i trzecią i wszystko na nic.
- Daj ja spróbuję – zaoferował się Piotrek
Niechętnie oddałem mu zapałki, bo to miała być moja rola, no ale faktycznie mi nie szło.
Piotrkowi udało się za pierwszym razem! Podpalił rysunek, który szybko się palił. W górę uniosła się delikatna nitka dymu.
- Hura!!! – krzyczeliśmy – jesteśmy uratowani!!
- Uratowaliśmy świat i Kraków i Polską!!!! – wołaliśmy dalej
Skakaliśmy do góry i naprawdę czuliśmy się jak bohaterzy. Kartka właśnie kończyła się palić, Lord Vader już nigdy nie ożyje!! Jesteśmy wspaniali!!
I właśnie wtedy, gdy tak szczęśliwie kończyła się ta nasza historia, gdy już czuliśmy się tak dumni, tak odważni i silni, właśnie wtedy otworzyło się nad nami okno.
Z okna wychyliła się zdziwiona głowa. Głowa ta należała do Pani Dyrektor naszej szkoły!
Wtedy właśnie zaczęła się afera…

czwartek, 28 lutego 2013

ROZDZIAŁ IX - WIELKIE PRZYGOTOWANIA

Czyli o tym co tak naprawdę wydarzyło się w szkole.

 

Antek

Zaraz opowiem jak to było, ale najpierw coś śmiesznego.

Graliśmy wczoraj: ja mama i Zosia w pociąg literkowy. Taką zabawę, że ktoś mówi wyraz. Kolejna osoba mówi następny wyraz, na taką literę na jaki kończył się ten pierwszy. No i tak dalej. Wyrazy nie mogą się powtarzać. Jak mama powiedziała – czoło – to ja powiedziałem Olek. Potem, w którejś kolejce ja powiedziałem – krzesło – a Zosia powiedziała - Olek myje zęby. Mama powiedziała, że Olek już był. Zocha na to – no tak, ale Olek myje zęby jeszcze nie było!

Śmieszne nie?!

No to teraz będzie mniej śmiesznie.

Z uwagą w dzienniczku to był tak:
Pod koniec zabawy urodzinowej w Piotrka, w tym całym zamieszaniu, na podłodze zobaczyłem rysunek Vadera. Był już podeptany przez różne buty. Poskładałem go i wcisnąłem do kieszeni. Wziąłem ze sobą do domu. W domu schowałem do kieszeni taty kurtki. Stwierdziłem, że jak ożyje znów, to tata sobie na pewno z nim poradzi. W końcu chodzi na siłownie!

Na szczęście nic się nie stało, przez noc, więc rano wziąłem rysunek do szkoły. Na świetlicy siedliśmy z chłopakami i opowiedziałem im wszystko co i jak z tymi rysunkami.

Wcześniej nie mogłem im powiedzieć bo na przerwach szalejemy, ślizgamy się na korytarzu na kolanach, gonimy albo gramy mecz i to jest bardzo ważne.

Więc na świetlicy dopiero był czas. Jak im pokazałem rysunek Vadera to znów zbledli. Potem  stwierdziliśmy, że w naszych rękach są losy całej szkoły, a nawet Krakowa. Piotrek nawet powiedział, że całej Polski. No bo jak Vader znów ożyje to wszyscy będą mieć problemy. I nie wiadomo, czy policja sobie z nim poradzi.

Nazwaliśmy się więc DRUŻYNĄ NAJDZIELNIEJSZYCH. Długo kłóciliśmy się o nazwę: padały różne propozycje: „Drużyna z II b”, „Najdzielniejsi z żywych”, „Bladzi ale dzielni” oraz, „Najlepsi z dwurękich”. Po kłótniach wybraliśmy „Drużyna najdzielniejszych”. Jako drużyna długo się naradzaliśmy, co trzeba zrobić z rysunkiem.

W końcu postanowiliśmy, że rysunek trzeba zniszczyć. Raz a dobrze!!!

Wszyscy się co do tego zgodziliśmy, bo nikt z nas nie chciał już więcej się bać! Postanowiliśmy, że jutro zrobimy mu (czyli rysunkowi) pogrzeb. A żeby go zniszczyć raz, a dobrze postanowiliśmy go spalić. Plan był taki: ja organizuję zapałki, Michał kamienie, żeby obłożyć miejsce gdzie go palić będziemy, żeby ogień nie uciekł, Tomek i Franek bidony z wodą, żeby w razie czego zalać pożar, a Piotrek bierze miecz żeby w razie czego pokonać Vadera jakby ożył. Bardzo dobrze się przygotowaliśmy do tej akcji. Bardzo odpowiedzialnie. Rodzice byliby z nas dumni, ale oczywiście nie mogli o niczym wiedzieć. Na końcu krzyknęliśmy:
 „Drużyna najdzielniejszych zawsze razem” – bo widzieliśmy w bajkach że tak trzeba.
Ja już widziałem napisy w gazetach i w internecie: „Dzielne chłopaki z II B uratowały, świat przed zagładą”!!!

Potem okazało się, że może i owszem uratowaliśmy świat przed zagładą, ale nie zdążyliśmy uratować samych siebie!

Na koniec jeszcze pokłóciliśmy się o to, kto bierze rysunek do domu, bo nikt nie chciał. W końcu zamknęliśmy go w worku, w drugim worku, wsadziliśmy go do pojemnika na śniadanie Franka i do worka na buty Tomka i do pudełka i do szafki w szkole!

I poszliśmy do domów. Już prawie czuliśmy się jak bohaterzy!

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ VIII - UWAGA I SŁODZYCZE

Czyli o tym jak Zosia się bogaci, a Antek dostaje karę
 
Zosia:
 
Smutno mi było, że Antek idzie na urodziny, a ja nie. Czasem Antek mnie brał na zabawy do swoich kolegów, jak jeszcze byliśmy w przedszkolu. Teraz powiedział, że nie i koniec. Ale smutno mi było tyko przez chwilę. Jak tata
z Antkiem poszli, to my, ja i mama miałyśmy bardzo dużo pracy. Piekłyśmy dla taty tort! Tata tak jak ja, kocha słodycze i czasem nam (mnie i Antkowi) podbiera z zapasów. Potem odkupuje (jak nie zapomni).
Jak mi Antek potem wieczorem wszystko opowiedział, to bardzo się cieszyłam, że mnie tam nie było, bo Vader z rysunku był straszny. Na żywo musiał być jeszcze gorszy. Ucieszyłam się jednak, że rysunek znów ożył. To mogło oznaczać, że Spiryt też do mnie jeszcze wróci.
Następnego dnia, jak Antek wrócił ze szkoły to był jakiś dziwny. Na pytanie mamy:
- Jak było w szkole?
Odpowiedział tylko:
- Normalnie.
Ale potem dał mamie dzienniczek i okazało się, że nie było normalnie.
Mama zaczęła czytać, a potem popatrzyła na Antka, popatrzyła w dzienniczek i sobie usiadła.
Mocno też zbladła, wyglądała jak moja biała bluzeczka. W końcu przeczytała na głos:
Antek wraz z kolegami na przerwie wyszedł na pole i za szkołą i próbował rozpalić ognisko. Bardzo proszę o stawienie się Państwa w szkole, w dniu jutrzejszym o 18:00 razem z synem”
Mama skończyła czytać i patrzyła na Antka, a on udawał, że pilnie robi zadanie z matematyki. Czułam, że mama jest nieźle zdenerwowana. No i zaczęły się pytania: Co? Jak? Dlaczego? Mama trochę krzyczała, a Antek się w końcu popłakał.
Ja nie do końca wiedziałam o co chodzi, ale pomyślałam że ognisko to fajna sprawa. Postanowiłam też, że poproszę mamę żeby mnie zabrała ze sobą jak będą szli do szkoły. Ja bym też posiedziała przy ognisku, a nawet kiełbaskę zjadła. Teraz jednak nie prosiłam, bo mama była zdenerwowana.
Wieczorem jak tata przyszedł, to rozmawiali ze sobą i też byli zdenerwowani. Potem tata rozmawiał z Antkiem. Też byli zdenerwowani. Ja poszłam oglądać bajkę, sama bo Antek miał karę i nie mógł. Siedział wkurzony u siebie na łóżku.
Potem przed spaniem, jak rodzice nie widzieli, to mi powiedział:
- To wszystko przez Ciebie!
- Ale co? – zapytałam
- Wszystko! Ty powinnaś mieć karę, nie ja!
Potem poszedł i wygrzebał coś z plecaka:
- Masz! – powiedział – Masz się ze mną tym podzielić!
I dał mi siatkę, a w niej różne słodycze. Antek mi pokazywał i wyjaśniał:
- To od Tomka – i pokazał mi jajko niespodziankę – żebyś mu narysowała statek Star Wars (ale bez nikogo w środku). To od Michała – tu pokazał czekoladę z orzechami – żebyś mu narysowała Messiego tego piłkarza. A to od Piotrka – dodał i pokazał mi paczkę gum – Bartek prosił żebyś już nigdy nic nie rysowała!!!!!
Strasznie się ucieszyłam. Upewniłam się jeszcze, czy jak rysunki nie ożyją to słodycze i tak zostaną? Antek powiedział, że zapyta. Potem powiedział, że jest na mnie obrażony i na razie ze mną nie gada. Nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero jak za kilka dni przestał być obrażony to mi wyjaśnił. Na razie zawiesił na wejściu do swojego łóżka znak, który sam zrobił i napisał: „Zakaz wstępu ZOSI”.
Rodzice nie zabrali mnie do szkoły następnego dnia jak szli z Antkiem. Jak się popłakałam, to tata powiedział, że żadnych kiełbasek tam nie będzie. Zostałam z dziadkiem i super się bawiłam. Antek chyba na tym spotkaniu, nie bawił się aż tak dobrze, bo wrócił znów obrażony, a do tego jeszcze jeden dzień miał szlaban na bajki. Szkoda bo Pingwiny z Madagaskaru byłby naprawdę śmieszne.
Antek nie chciał mi opowiedzieć o co chodziło z tym ogniskiem, może wam opowie.
Acha, konik na razie nie przyleciał.




Tort dla taty.

wtorek, 26 lutego 2013

ROZDZIAŁ VII - URODZINY PIOTRKA


 Czyli o tym jak to jest, kiedy wydaje ci się, że umierasz ze strachu.


Antek:

Nie mogłem się doczekać imprezy. We wtorek stało się coś strasznego. Dostałem katar i strasznie kaszlałem. Bałem się okropnie, że mi nie przejdzie i nie pójdę na imprezę. Łykałem więc dzielnie wszystkie okropne syropy, jadłem kanapki z masłem czosnkowym (je akurat uwielbiam) i dmuchałem z nosa co chwila. W piątek czułem się dużo lepiej, jeszcze trochę kaszlałem, ale starałem się kaszleć już tylko w poduszkę, żeby mama i tata nie słyszeli, bo by mi wtedy nie pozwolili iść. Z resztą gdybym wiedział co się będzie działo na tej imprezie….. ale po kolej.

Urodziny odbywały się w galerii handlowej, w takim specjalnym miejscu gdzie się robi, właśnie urodziny. Ja swoje urodziny zrobiłem w domu. Mama namawiała mnie żeby zrobić gdzie indziej, bo bała się chyba, że nasz mały dom rozniesiemy. Nie roznieśliśmy i też było fajnie.

Do Piotrka wybrał się ze mną tata. Tego dnia on sam miał urodziny i sobie zrobił taki prezent, że się wkręcił ze mną na imprezę. Sprytny ten mój tata.

Jak przyszliśmy, to był już Tomek i Michał i szaleli. Była tam duża sala, a nawet dwie. Dałem Piotrkowi prezent: klocki Star Wars i rysunek. Nawet mu się podobało. Potem poszedłem szaleć z chłopakami. Goniliśmy strasznie, jak zawsze. Biliśmy, strzelaliśmy i takie tam. Potem nas rodzice wołali na tort i szampana. Dobre były. Jeden z kolegów Piotrka (nie znam go) jak pił szampana to się śmiał i ten szampan mu nosem wyleciał. Wtedy wszyscy się śmialiśmy i mnie też nosem wyleciał. No super było! Potem dorośli poszli gdzieś „na kawkę”, a my oglądaliśmy prezenty. Wśród nich był też rysunek Zosi. Spodobał się Tomkowi:

- O fajny! – powiedział – niezły miecz!

- No – zgodził się Piotrek - zawsze o takim marzyłem, ale nie mam. A chciałbym mieć – dodał po chwili.

No i wtedy to się stało. Wszystko się działo tak szybko, że nie wiem czy dobrze zapamiętałem.
Oto nagle stanął przed nami Lord Vader ŻYWY! OGROMNY! STRASZNY!

Wszyscy równiutko krzyknęliśmy: AAAAAAAAAAAA!!!!!! I uciekliśmy z małej sali do dużej. Okrążyliśmy ją szybko dalej krzycząc: AAAAAAAAAAA!!!! Rodzice, którzy byli tam zaczęli się śmiać i usłyszałem jak jeden pan powiedział:

- Ale się fajnie chłopaki bawią!

Ale my się nie bawiliśmy! Walczyliśmy o życie! Uciekaliśmy! To uciekanie nam nie szło, bo w sumie tylko kręciliśmy się wokół sali. Zrobiliśmy trzy okrążenia, przerażeni i bladzi. Piotrek, który prowadził naszą ucieczką, chyba się pomylił i zamiast całkiem wybiec z sali urodzin na galerię, z powrotem nas pokierował do małej sali. Potem się tłumaczył, że wszystkie drzwi wyglądały mu tak samo, a w ogóle to biegł z zamkniętymi oczami, bo się bał otworzyć.

Jak wpadliśmy do tej sali to ON był tam dalej. WIELKI, CZARNY, STRASZNY. Grzesiek, który biegł za Piotrkiem zemdlał. Powpadaliśmy więc na niego i leżeliśmy na sobie jak głupki. A On patrzył. Potem machnął mieczem i podszedł do Piotrka. Myślałem, że umrę ze strachu. Zaraz potem pomyślałem, że pewnie Piotrek pierwszy umrze. Piotrek był strasznie dzielny bo nie umarł tylko wstał.

Wtedy Lord Vader podszedł do niego i wyciągnął coś zza czarnego płaszcza. Wszyscy, którzy nie zemdleliśmy, pomyśleliśmy, że to koniec. Ale Lord Vader wyciągnął tylko mały świetlisty miecz i dał go Bartkowi. Na mieczu była kokardka. Lord Wader zaśmiał się okropnie i powiedział

- Happy Birthday Piotrek – ……..po czym zniknął.

Wtedy Piotrek zemdlał, Michał krzyknął, ja się przewróciłem na Tomka, który uciekając, wpadł w tort, a reszta stała dalej nie ruchoma ze strachu. Teraz żałuję, że ktoś nam zdjęcia nie zrobił. Na to wszystko do sali wpadli rodzice. Wtedy się zaczęły krzyki mam, wołanie o wodę dla tych co byli bladzi i w ogóle jakaś panika. Tatusiowie mądrzyli się, że to od szampana na pewno albo, że coś w torcie było co nam zaszkodziło.
To były straszne urodziny. Straszne, ale też strasznie fajne.
Dobrze, że chłopaki byli tam ze mną – teraz mi uwierzą!!!  










ROZDZIAŁ VI - LORD VADER

Czyli o prezentach i przekupstwie

 



Zosia:

Strasznie nie lubię, kiedy mama mnie czesze, bo czasem mnie szarpie!
Wtedy krzyczę. Czasami też krzyczę, nawet jak mnie nie szarpnie, tak na wszelki wypadek żeby uważała! Kiedyś rano w środę (wiem, że to była środa bo miałam angielski, a właśnie w środy mam), jak mama rano robiła mi dwa warkocze, Antek zapytał:

- Ej Zosia, a coś dla mnie zrobisz?

- A co? – zapytałam zdziwiona?

- Narysujesz mi coś z Gwiezdnych Wojen?

- Z Gwiezdnych Wojen? – zdziwiła się Zosia – po co?

- W sobotę idę do Piotrka na urodziny, pamiętasz? On bardzo lubi Star Wars! Chciałem mu do prezentu dać rysunek!

- No dobra, ale najpierw pokaż co masz w słodyczach, w zapasach!

- Po co – zapytał Antek zdziwiony?

- Bo ci narysuję, jak znajdę coś ciekawego w twoich zapasach i mi to dasz – Szybko tak sprytnie wymyśliłam. Bo ja, oprócz rysowania, mamy i taty, kocham też SŁODYCZE.

- O matko! – oburzył się Antoś – aleś ty jest - po chwili dodał – jak ładnie narysujesz to dostaniesz!!

- No dobra! – zgodziłam się

Mama szybko się wtrąciła, że owszem możemy sobie rysować, ale po przedszkolu!
Bo zaraz, teraz, JUŻ musimy wychodzić bo się wszędzie spóźnimy! Mama mówi tak co rano! Ja jakoś zawsze zdążam do przedszkola! Choć nie wiem, o której godzinie musiałbym być w przedszkolu, żeby nie zdążyć. Antek wie, bo w szkole ma dzwonek, a mama i tata szefa. A ja nie.

Po przedszkolu, obiedzie w domu, treningu mówienia (bo chodzę do logopedy), po tym jak pobawiłam się klockami i Antek odrobił lekcje, od razu wzięłam się do rysowania.

Zupełnie nie wiedziałam kto to Lord Vader – nawet tego powiedzieć dobrze nie umię – więc najpierw narysowałam Batmana. Bo jego znam od Antka. Jak go Antek zobaczył to mnie wyśmiał! Usiadł ze mną przy naszym stoliku, wygrzebał dwie gazetki od siebie z półki z Lordem Vaderem. Przyniósł mi nawet swoje pastele, a w sumie jedną – czarną i powiedział:

- Teraz rysujja będę patrzył i Cię poprawiał!

- To jest Lord Vader? – okropny. Może narysuje Piotrkowi księżniczkę? – zaproponowałam.

Antek na to walną się ręką w czoło. Jak zawsze gdy jest czym oburzony!

- Zośka, jak chcesz słodycza to RYSUJ. Tu masz dwa zdjęcia i rysuj!

- No dobra, dobra.

Zabrałam się więc do pracy. Chociaż ten Lord był okropny. Cały czarny z tą okropną maską na twarzy i peleryną. Te wszystkie głupie potwory Antka są do siebie podobne. Nuda. Mają peleryny, maski, są czarne albo czerwone. Nie wiem co chłopaki w nich widzą. Ten się wyróżniał mieczem. Bo jak już narysowałam tego jakiegoś Vandera, to Antek mi jeszcze kazał dorysować miecz.

- Zośka patrz! – powiedział – taki świetlisty miecz to ma być!

Bałam się, że Antek mi nie da słodycza, jak nie dorysuję miecza, to narysowałam.

- No Zocha, jestem z Ciebie dumny!

- A mogę mu dorysować bukiet kwiatów, albo parasolkę? – będzie wtedy milszy.

- O matko!! - Antek się oburzył i porwał rysunek.

Za Lorda jakiegoś tam, dostałam od Antka lizaka. Chciał mi dać ptasie mleczko – jedno, ale było stare, a poza tym ja nie lubię ptasiego mleczka. Potem poszłam lepić z plasteliny Plastusie w zielonych majtkach. Miałam nadzieje, że tym razem Lord Vander nie ożyje.


Ale stało się inaczej…  

Lord Vader



ROZDZIAŁ V - SIEDZĘ W DOMU

Czyli o moich próbach malarskich



Antek:


Rodzice nie mogli zrozumieć, o co chodzi z moim brzuchem. Niby nie wymiotowałem, ale było mi strasznie nie dobrze i przez dwa dni kręciło mi się w głowie. Mama myślała, że to od pizzy, którą jedliśmy dzień wcześniej, a tata przekonywał, że to od testu semestralnego z angielskiego, który miałem mieć tego dnia w szkole.
Ja siedziałem cicho, bo co miałem powiedzieć??:
Mamo, tato nie martwcie się, to od konia. Lataliśmy z Zosią na nim w nocy”??.

Wtedy zamiast dziadka, który zgodził się ze mną zostać przyszedłby pewnie lekarz od ludzi nienormalnych.

Najważniejsze, że zostałem w domu. Naprawdę czułem się po tych nocnych lotach nie dobrze. Za każdym razem, jak szedłem do siebie do łóżka
i przypadkiem zerkałem na rysunek Spiryta, łapałem się znów za brzuch. Muszę powiedzieć rodzicom, że już wiem kim nie będę jak dorosnę. Nie będę lotnikiem, ani pilotem ani spadochroniarzem!!
Jak siedziałem w domu to z nudów kombinowałem z rysunkami. No bo jak Zośce się udało to czemu nie miałoby udać się i mi?
Wziąłem te same kartki i kredki i nawet wygrzebałem z plecaka kawałek węgla, którym rysowałem w szkole. Mama nie ucieszy się, bo ten węgiel nim go wyciągnąłem z plecaka, przytulił się do piórnika i książek i do plecaka. Widok był gorszy niż z tą kanapką, której nie zjadłem w szkole i przed wyjazdem w Bieszczady zapomniałem wyjąć z pojemnika. Jak po powrocie z ferii, mama mi chciała dać śniadanie do szkoły i otworzyła pojemnik to aż krzyknęła. Nawet nie wiedziałem, że tak pięknie umie hodować PLEŚŃ. Kanapki prawie nie było! Tylko sama pleśń!
No więc jak siedziałem w domu to zacząłem rysować. Normalnie nie przepadam za rysowaniem. Warto jednak było spróbować. Narysowałem Spidermana i przekalkowałem Lorda Wadera. Trochę bałem się rysować Czterorękiego, ale zaryzykowałem. W końcu jak by ożył, to był ze mną dziadek. Na pewno by mi pomógł.
Okazało się jednak, że nie musiał mi pomagać. Poradziłem sobie sam, bo nic nie ożyło. Walnąłem kartkami w kąt i poszedłem ograć dziadka w szachy.
Po dwóch dniach wróciłem do szkoły. Tak strasznie chciałem opowiedzieć chłopakom o SPIRYCIE. Wiedziałem jednak, że mi nie uwierzą. Ech szkoda.
Okazało się jednak nie długo, że mi uwierzyli! Nim jednak opowiedziałem im o rysunkach, stało się coś co sprawiło, że włosy na głowie stanęły mi dęba ze strachu!